Co ludzie gadają choć pojęcia nie maja


Blokersi, dresiarze, chamy i spółka - cz. 1, czyli Plastikowi rodzice

 

Kilka dni temu szedłem z dziewczyna przez duże osiedle, między wieżowcami. Zwyczajne, szare, chłodne popołudnie; lekka mżawka. Opatuleni, w kapturach - zauważyliśmy idących z naprzeciwka hałaśliwych szpanerów z włosami ulizanymi brylantyna, z aluminiowymi łańcuchami przyczepionymi do spodni. Kilka lat młodsi ode mnie. Bardzo pewni siebie... Nie zastanawiałem sie nad rzeczą tak naturalna, że skoro na szerokość chodnika zmieszczą się cztery osoby, a nas jest dwoje i ich trzech, to jeden z nich po prostu nam ustąpi. Nie ustąpił. W ostatniej chwili zdążyłem się uchylić, ale poczułem mocne pchniecie w ramie i usłyszałem, juz za plecami: „Co mnie popychasz, pedale!” Obejrzeliśmy się tylko, zdumieni. Jak tu stanąć w obronie własnej godności, skoro ich jest trzech, a ja jeden? Co byłoby, gdyby obrazili nie mnie, ale dziewczynę/kobietę, w obronie której nie mógłbym nie stanąć? Nie wróciliśmy się do nich, żeby o tym porozmawiać, bo cóż oni mieli nam do powiedzenia? Czy mamy cokolwiek wspólnego z tymi dziećmi wychowującymi same siebie na betonowym podwórku? Cale dni na osiedlowej ulicy, pomiędzy parkingami zatłoczonymi przez rdzewiejące i brudne osiągnięcia polskiej motoryzacji. Oto fenomen stworzonych w XX wieku blokowisk, zostawionych nam w spadku przez poprzednie pokolenie. Zamieszkujący je rodzice dorastających nastolatków to w większości pracownicy dużych zakładów przemysłowych, komunistycznych fabryk-molochów, upadających kombinatów, prywatyzowanych spółek Skarbu Państwa. Od lat miasta rozrastały się właśnie dzięki napływowi z okolicznych wsi robotników do nowych fabryk (najpierw po zawodówce, potem hotel robotniczy, technikum dla pracujących, po latach wymarzone M3 w typowej betonowej "sypialni miasta"). Przeważnie rodzice pracują oboje, wiec albo wracają po południu na tyle zmęczeni, że chce im się tylko zjeść obiad i spędzić wieczór przed telewizorem (obowiązkowo "Wiadomości"!, jak przed laty propagandowy "Dziennik TV"), albo pracują w tzw. systemie zmianowym, co jednak niewiele zmienia. Rozmowy z synem/córka często ograniczają się do błahych upomnień bądź wypytywania "co w szkole?", "gdzie idziesz, kiedy wrócisz?", "dlaczego się nie uczysz?"... To bardzo powierzchowne rozumienie sensu Wychowywania Człowieka - podobne raczej do chowania trzody. Tak ograniczone poczucie odpowiedzialności za poczęte życie zbliża ich misje do roli poganiaczy bydła. Czyż można dziwić się temu brakowi świadomości takich ojców i matek, skoro oni nie widza innych wzorów w mediach wypełniających ich wolny czas (najczęściej: telenowela, teleekspres, audiotele, teleturniej, tzw. Wiadomości i film "po dzienniku"; do tego lotto i reklamy, reklamy, reklamy)? Tymczasem Kościół i politycy marnują swoja energie na debaty nad kolejnymi martwymi przepisami, Np. nad zapisami w ustawie mającej - teoretycznie - wałczyć z aborcja. Wszak faktem jest, że jeszcze kilka lat temu kobieta podejmująca trudną decyzję o usunięciu/zniszczeniu płodu musiała odbyć długie rozmowy z psychologiem (wiele z nich wtedy rezygnowało z zabiegu); dziś jest serdecznie witana przez właścicieli prywatnych gabinetów, często amatorów myślących o łatwym zarobku, oraz organizatorów wyjazdów do zagranicznych klinik. Te dane nie są podawane do publicznej wiadomości, więc po cóż zaprzątać sobie głowę tymi kobietami, które cierpią po nieudolnie wykonanym zabiegu albo żałują pochopnie podjętej decyzji? O nich nie mówi sie oficjalnie, zatem można obłudnie wznosząc oczy ku niebu być zadowolonym ze spełnienia "misji" ochrony życia poczętego... To wielka fuszera, skoro tym działaniom nie towarzyszy troska o następne kilkanaście lat życia tego "uratowanego płodu". Szkoda, że ten zapal Wielce Świątobliwych Obrońców Wartości nie jest widoczny już w domach dziecka, w wielodzietnych rodzinach, w najbiedniejszych regionach, w środowiskach dotkniętych klęską bezrobocia. Mam żal do Kościoła o to, że tak mało mówi młodym rodzicom o Wychowaniu Człowieka, zbyt często ograniczając się do napominania "dzień święty masz święcić!", "nie cudzołóż", "imienia swojego boga nie wzywaj nadaremno". Oto stek machinalnie wypowiadanych nakazów/zakazów, których pedagogiczna skuteczność widzimy na co dzien. Zdumiewająco mało mówi się o świadomym - i skutecznym! - planowaniu rodziny w tym dziwnym kraju, w którym króluje stosunek przerywany, przedmiot szkolny "wychowanie seksualne" staje się przedmiotem brudnej walki politycznej, a finansowane z budżetu (czytaj: z naszych podatków) poradniki lądują w magazynach, bo brakło funduszy na kolportaż. Czyżby więc jednak ciemnogród? Dokąd zajdziemy tolerując model, w którym: Rodzice maja tylko zarabiać (po pierwsze - prokreacja, po drugie - odlegle marzenia o dachu nad głową oraz samochód, choćby na raty, bo sąsiedzi juz maja; po trzecie - szkoła; po czwarte - jedz, bo ci wystygnie; po piąte - szanuj łach, żyły sobie dla ciebie wypruwamy...) i nikt dokładnie nie wie, co więcej, Media maja być komercyjne (po pierwsze kasa - czyli bezmyślne reklamy, po drugie rozrywka - maślane polskie telenowele; po trzecie wiedzą dla mas - audiotele i kiczowate teleturnieje; po czwarte kultura - głównie superprodukcje z Hollywood i supertasiemce z Ameryki Łacińskiej, a w radiu pop hip hop i bzdet; wreszcie gdzieś na marginesie piętnastominutowy Pegaz, raz w tygodniu naprawdę dobry film, a o pierwszej w nocy rewelacyjny program Mieć czy Być, Politycy i Kościół mają myśleć za nas (ustawa decyduje o twojej macicy, ustawa zabrania ci pracować w niedziele, choćby twoja religia za świąteczny uznawała piątek albo sobotę, ustawa zabiera pieniądze dla szkól i przeznacza na orkiestry wojskowe, ustawa tworzy fikcyjne, wirtualne gimbusy, ustawa zabiera pieniądze dla Festiwalu Kraków 2000, by podnieść diety poselskie o 1800 zł, ustawa oszukuje nauczycieli i pielęgniarki - bytujących poniżej minimum socjalnego - bo odchodzący górnicy muszą dostać odprawy rzędu 30 tys. zł, a i tak nie ma kasy w budżecie opróżnionym przez ZUS, kasy chorych i samorządowców, którzy są kolesiami tego, kogo kolesiem należy być w tej kadencji...); zatem niech młodzieży wystarczy to, co ma do zaoferowania przestarzała szkoła! Niech jedynym wychowawca, opiekunem, rodzice, autorytetem będzie nauczyciel! Jak to "niemożliwe"? Co z tego, że w klasach jest zwykle ponad trzydziestu uczniów? Hmm, nie da się? Nie wystarczy nauczyciel, skoro brakuje prawdziwego Domu, Rodziców stanowiących wzór postępowania, uczciwych Polityków, dobrego Kina, mądrej Telewizji (a Internet trzeba ocenzurować, bo to sama pornografia i w ogóle narzędzie szatana)? No to niech młodzież wychowa się sama! Być może zastanawiasz się, uważny młody Czytelniku, czy ja to pisze do młodzieży, czy do rodziców? Oczywiście, że nie do rodziców! Oni już od lat funkcjonują w takim społeczeństwie i niełatwo jest im się zmienić. Tylko my możemy zmienić świat i siebie w tym świecie - za kilka (-naście) lat zajmiemy ich miejsce, sami zostaniemy rodzicami, będziemy Wychowywać Człowieka. Tylko dopóki nie skostniejemy, dopóki nie zwapniejemy...

 

Blokersi, dresiarze, chamy i spólka - cz. 2, czyli Dwa końce kija baseballowego

 

Jak bardzo różnimy się miedzy sobą? Dzieci i młodzież do 17 lat to prawie 25% Polaków (czyli ok. 9,5 mln osób), młodzi ludzie w wieku 18-20 ... lat stanowią półtoramilionową grupę, zaś liczba studentów przekroczyła 1 mln. Gdzie wśród nich jesteśmy? Ja? Ty?

Większość, czyli zwyczajna młodzież, chodzi do zwykłych, publicznych szkól - po podstawówce: liceum albo technikum, potem studium albo studia i wreszcie poszukiwanie pracy, rozglądanie się za lepszym stanowiskiem. Oceny lepsze lub gorsze, studia mniej lub bardziej ambitne, praca z reguły płatna poniżej średniej krajowej. Często marzenie o własnym mieszkaniu jest bardzo odlegle, więc kupujemy chociaż samochód na kredyt. Najważniejszy mebel w mieszkaniu to telewizor albo komputer. Zycie jakoś sie toczy. Po latach ciułania można sie czegoś dorobić... Emocje - zwyczajne, czyli średnie. Nieliczni po studiach zostają na uczelni, powoli kończą studia doktoranckie, są asystentami, myślą o profesurze. Pracownicy naukowi. Zatopieni w książkach, w bibliotece, w czytelni - im bliżej nauki, tym dalej od życia... Ponad zamożność cenią wiedzę. Plus ratio quam vis - powiadają do swoich studentów. Miejsce ich pracy to gabinet i sala wykładowa - niczym pracownia (warsztat) i galeria dla artystów. Gdzieś w lepszym świecie żyją yuppies (znasz jakiś polski odpowiednik tego słowa? - napisz do mnie ). To liderzy wyścigu szczurów. Pochodzą z bogatych i "ambitnych" domów, od początku doskonale i snobistycznie kształceni w prywatnych szkołach - po trupach biegną do celu: jak najwcześniej zrobić zawrotną karierę, czyli zostać prezesem, dyrektorem, menedżerem, radnym posłem, ministrem itd. Żyć w luksusie. Są od nas tak odlegli jak wierzchołek rombu od punktu przecięcia sie jego przekątnych. Wmawiają sobie, że są najlepsi, jednak nie są elitą (chociaż usiłują sprawiać takie wrażenie). Bogactwo przecież nie decyduje o wartości człowieka. Ich system wartości jest zdegenerowany: zapominają, co znaczy Być Człowiekiem, bo myślą głównie o tym, jak fajnie Mieć Kasę. Yuppies odkrywają to dopiero wtedy, gdy nagle poczują, co to sa choroby cywilizacyjne, gdy wreszcie daje o sobie znać stres, nadmierna aktywność i fast food. Po latach czasem powiedzą: „pieniądze szczęścia nie dają”- ale kto by ich słuchał! Jakże odmienna jest rzeczywistość dolnego wierzchołka tego naszego umownego rombu. Na dnie egzystują blokersi - pozbawieni szans na sukces [zawodowy] młodzi mieszkańcy wielkich blokowisk, żelbetonowych szuflandii dla ekonomicznych krasnali. Brak ambicji na chociażby średnie wykształcenie skazuje ich na wałęsanie się miedzy wieżowcami, na przesiadywanie w klatkach, na zaplutych schodach, z puszka browaru i tanimi fajkami. Większość czasu spędzają tam, gdzie na kilkanaście tysięcy mieszkańców przypada jedna szkoła, plac zabaw, dwa kościoły i kilka sklepów/kiosków - bez klubów, domów kultury czy pracowni, w których można by rozwijać swoje zamiłowanie do modelarstwa. Na kilka osiedli jeden nędzny komisariat, siłownia, targ/bazar i wypożyczalnia kaset wideo. Gdzieniegdzie zapomniana biblioteka, w której królują Harlequiny i Działa Nawarony. O ile w ich (ich rodziców) mieszkaniach jest jako taka czystość, już za progiem pełno brudu - jak gdyby modna była arabska mentalność (byle odrzucić śmieci od siebie: na dach, przez okno samochodu, na chodnik), która nigdy nie pojmie np. Niemców żyjących w pedantycznym porządku i dbających o czystość całej okolicy. Niemcy nigdy nie będą szanować Polaków, myśląc o nas trochę tak, jak my o ukraińskiej mafii. Oto przepaść cywilizacyjna... Blokersi zdają sobie sprawę, że niczego w życiu nie osiągną. Nie wybiegają zresztą myślami w przyszłość dalej niż poza dzień, w którym przestana dostawać mannę z nieba, czyli zasiłek dla bezrobotnych. Na razie można trochę kasy wydusić od zastraszonych rodziców (jakiś mały łomot?), od babci-rencistki (jakiś mały łomot?). Wieczorem jeszcze jakiś mały łomot kilka ulic dalej. Czasem się sprzeda radio samochodowe ukradzione na sąsiednim osiedlu (interes się kręci tylko dzięki takim frajerom, którzy to kupują, bo taniej, a miesiąc później sami zostają okradzeni, bo popyt rośnie). Potem handlują coraz droższym towarem, głównie z przemytu. Niektórzy zaczynają sprzedawać narkotyki, inni kradzione magnetowidy albo pirackie nagrania i programy... Przestają dla nich istnieć tak abstrakcyjne pojęcia, jak "prawo", "uczciwość" czy "humanizm". Ważne tylko, żeby nie dać się złapać. Kto nie zaliczył wpadki, ten jest na fali. Skazani na sukces yuppies z pogarda traktują blokersów, dla których zabrakło karier w nowej - stworzonej 10 lat temu - Polsce. Chociaż blokersi tak samo jak studenci SGH ulęgają ułudzie reklam i marzą o dużej forsie, nigdy jej uczciwie nie zarobią. Nie spotka ich nic lepszego niż ich rodziców - pracujących najwyżej jako wyrobnicy. Są skazani na klęskę. To społeczne i finansowe upokorzenie rodzi ciągłą frustracje i agresje, która wobec nudy i nadmiaru wolnego czasu znajduje ujście w bezinteresownej przemocy, w nieludzkim znęcaniu sie nad przypadkowymi ofiarami. Arogancja wobec innych jest o tyle logiczna, że skoro nie potrafią oni cenić swojej rodziny, skoro nie mogą szanować swojego życia (bo się go wstydzą) - nigdy nie pojmą, jaką wartość może mieć zycie/rodzina dla tych, którym zazdroszczą. W pewnym momencie wrasta im w rękę kij baseballowy; niektórzy poznają siłę uzależnienia od alkoholu albo narkotyków... Niekiedy szukają zadymy na stadionie. Czuja się silni tylko w grupie, która daje im też złudzenie, że jest jakiś sens tej codziennej bylejakości. Nie robią nic w pojedynkę, bo sami ze sobą się nudzą, a z nudów mogliby zwariować. Nie ma juz przed nimi możliwości uczciwego finansowania tego bagna, z którego nie potrafią się wydostać. Serdecznie polecam film Danny Boyle'a sprzed kilku lat - metafizyczny Trainspotting (skoro już obejrzałeś kiczowate „Młode Wilki” i wstrząsający „My dzieci z dworca ZOO”)! Tak naprawdę - piszę o swoich kolegach z podstawówki. Ja sam całe życie mieszkam w bloku, w mieszkaniu o kosmicznym numerze 289 (w dziewięciu klatkach mieszka ponad 70 ton ludzi). Z ósmego pietra mam widok na hektary betonu, na wiele dziesiątek podobnych wieżowców. Codziennie spotykam smutnych sąsiadów, którzy maja zablokowaną drogę do kariery. Podobnie jak blokersi - wychowuje się sam, ale nie na ulicy i w dyskotece, tylko w domu (u siebie, u znajomych), w bibliotece, chodząc do muzeum, na wystawy, jeżdżąc na wycieczki, samemu planując tanie zagraniczne wakacje (Bułgaria, Turcja, Rumunia, Ukraina, Litwa), uważniej studiując program telewizyjny, szukając linków do naprawdę ciekawych miejsc w Internecie (np. Mensa czy Klub Ludzi Ciekawych Wszystkiego ). Moi rodzice nie mają dla mnie czasu (bycie robotnikiem jest bardzo męczące). Marzę, żeby udało mi się za kilka lat pracować, a nie być wyrobnikiem, żeby mieć własny dom i mieć przynajmniej tyle czasu, żeby móc swoim dzieciom powiedzieć, że je kocham... Wkrótce - ciąg dalszy, czyli o całej reszcie młodych ludzi. Są przecież jeszcze dresiarze, skini, anarchiści, kibole... Jacy jesteśmy? Jaki Ty jesteś - pomiędzy naukowcem, yuppie a blokersem?

 

Blokersi, dresiarze, chamy i spólka - cz. 3, czyli tzw. piramida społeczna

 

Myśląc o tym, gdzie jest Twoje/moje miejsce w naszym dziwnym kraju, naszkicowałem model [współistnienia] różnych grup społecznych, środowisk, postaw. Jest to bardziej projekt niż ostateczna wersja, więc zapraszam do dyskusji. Czekam na uwagi, propozycje zmian. Zwykle przyjmuje się, że uproszczony model społeczeństwa ma kształt piramidy, czyli trójkąta. Jednak ta figura ma tylko jeden wierzchołek i jedną podstawę, a to zdecydowanie za mało, by oddać liczbę polskich elit i antyelit. Jeżeli establishment (czyli grupa mająca władzę i autorytet) to wierzchołek u góry, to potrzebny jest też wierzchołek u dołu, by pomieścić blokersów, kibole, alkoholików i innych, którzy są na dnie, a nie jest ich tak wielu jak normalnych/zwykłych/przeciętnych ludzi.

Zatem to, co nas otacza, trzeba by przedstawić za pomocą figury podobnej do rombu. Rodzimy się gdzieś w okolicy środka, a potem czas przegania nas na cztery strony życia i wreszcie lądujemy bliżej lub dalej któregoś wierzchołka/antywierzchołka. Co pomaga nam wspiąć się ku górze? Nauka, sztuka, studia, twórczość, wyobraźnia. Osiągamy szczęście - gdy potrafimy wytyczyć sobie cel, gdy wiemy, co chcemy w życiu osiągnąć, gdy dążymy do spełnienia swoich marzeń, gdy realizujemy ambicje, by mieć satysfakcje z efektów tego trudu. Gdy chcemy godnie pracować... Staczamy się w dół, gdy brak nam ambicji, wyobraźni, siły. Nie wykorzystujemy danych nam w życiu szans, kierujemy się najniższymi motywacjami, zaspokajamy tylko podstawowe potrzeby. Brak kultury i zanik humanizmu to kicz, nietolerancja/nienawiść, przecenianie siły fizycznej. Prace traktujemy jak zło konieczne, stajemy się wyrobnikami, tanią siłą roboczą.

Wyraźne jest też przeciwieństwo między postawami umieszczonymi na poziomej osi tego rombu. Z jednej strony umieściłem polityków i yuppies - tych, którzy cenią przede wszystkim pieniądze i władzę; są to dla nich wartości nadrzędne; aby je zdobyć, gotowi są walczyć dzień w dzień. To im zależy na finansowaniu zbrojeń; to oni wypowiadają wojny. W tym środowisku najwięcej jest obłudy/hipokryzji, kłamstwa, wazeliniarstwa(1) i sloganów/frazesów.(2) Po drugiej stronie - pasjonaci/hobbiści, hipisi(3), pacyfiści(4) i anarchiści(5). Ludzie, którzy mają jakieś ideały, cenią drugiego człowieka, wierzą w miłość, nie sprzedają swojej wolności. Nie chcą zabijać ani ludzi, ani naszego świata. Gdzieś tutaj pewnie odnaleźliby siebie i wegetarianie, i ekolodzy.. Jak sugeruje tytuł tego tekstu, najbardziej interesuje mnie, jak wygląda dno, dlaczego tkwi tam kilka milionów ludzi w naszym kraju - czy przegrali swoje zycie na własne życzenie? W którym momencie popełnili błąd? W dolnej połowie tego naszego umownego rombu, ale bliżej środka niż wierzchołka, są niektórzy zwyczajni robotnicy/rolnicy, zapracowani ludzie o smutnych twarzach, mieszkańcy byle jakich domów. Szare ubrania, stłamszone myśli, nerwowe życie od pierwszego do pierwszego. Klienci zakładów tytoniowych i spirytusowych. Odbiorcy masowej produkcji, masowej kultury i wszystkiego, co popularne. Od lat nie byli ani w teatrze, ani nawet w kinie - bo po co? Przecież maja TV. Wśród nich - "fani" disco polo, Italio disco i tzw. biesiadnych, czyli po prostu weselnych, przyśpiewek. Twierdzą, że muzyka pop tak przyjemnie wpada w ucho, zaś rock i jazz to hałas i jazgot.

 Lizusostwa czyli populizmu, słów bez pokrycia; zbuntowani przeciw konsumpcyjnemu modelowi życia, wszelkim normom społecznym i obowiązującym zasadom; przeciwnicy wszelkich wojen; pragnący wolności, usiłujący wyzwolić się z ograniczeń nakładanych na człowieka przez państwo; Dresiarza łatwo poznać. Jednak nie każdy "dresiarz" chodzi w dresie - tak jak nie każdy "wieśniak" mieszka na wsi. Cechy charakterystyczne tego gatunku to brak gustu, chamstwo, wulgarność, prymitywizm. To także buraki za kierownica (złośliwość na drodze, kiczowate ozdóbki, ruszanie z piskiem opon, pogardzanie wszystkimi kobietami za kierownica, dłubanie w nosie podczas postoju na czerwonym świetle, dudniące basy kilkudziesięciowatowych głośników zainstalowanych w tak wspaniale akustycznym samochodzie jak maluch... - znacie to skądś?). Nie wiem, ilu dresiarzy to kibole. (Nigdy nie nazwę kibicem żadnego szalikowca jadącego na stadion wyłącznie po to, żeby zrobić zadymę.) To zabawne, że ich ulubiony przedmiot - kij baseballowy i wszystko, co do niego podobne - to zwyczajna maczuga. Przedmiot porzucony kilka tysięcy lat temu przez jaskiniowców, wykorzystujący proste prawo fizyki, wtedy służył do walki wręcz, do zabijania zwierząt (zanim Europejczycy poznali proch), w Stanach od lat wykorzystywany do uderzania piłki na boisku, teraz stał się symbolem ludzi, którzy nie rozumieją sportu (czyli uczciwej rywalizacji). Podobnie czczą siłę (jaką daje im przebywanie w grupie i noszenie w kieszeni kastetu) nacjonaliści i pseudoskini. Ludzie, którzy budują swoją ideologie na braku tolerancji, na pogardzie wobec innych/odmiennych, mają poważne zaburzenia własnej osobowości. Naiwnie myśląc, że wszystkie problemy można rozwiązać prawem pięści, dochodzą do martwego punktu, w którym wydaje im się, że ich misja jest prześladowanie innych niż oni - albo długowłosych, albo Cyganów, albo bezdomnych... Czym różni się takie myślenie od faszyzmu, który w kolejce do krematorium zaraz po Żydach i Cyganach ustawił Polaków i innych Słowian? Szkoda, że niektórym tak trudno przychodzi odnalezienie normalnych sposobów wyładowania energii, a tak łatwo wyzwalają agresję na ulicy, kiedy spotkają kogoś, kto słucha innej muzyki albo inaczej sie ubiera. Na szczęście coraz rzadsze są "święte wojny" miedzy punkami, metalami i skinami. Ale co z tego, skoro zmieniło się tylko kryterium podziału na "naszych" i "obcych". Często można dostać po mordzie bez powodu (bo akurat komuś brakło dwa złote na wino) albo za to, ze sie nie wie, czyjej drużyny należy być kibicem. Zgodnie z zasadą, której niedawno na ulicach Krakowa hołdowali wandale skandujący „Cracovia Pany!”, rozbijający szyby samochodów, atakujący policjantów, rzucający kamienie do sklepów i restauracji. Żaden z nich nie potrafił odpowiedzieć na pytanie "po co?". Wszyscy tak robili, wiec on też - bo kto nie jest z nami, ten przeciwko nam. Ale czy to rożni się czymś od codziennego obrzucania się błotem przez polityków, którzy nienawidzą się nawzajem tylko dlatego, że jeden jest kolesiem kogoś z tzw. spółdzielni, a drugi nie? Kto z kogo bierze przykład? Politycy z kibole czy kibole z polityków? Kim oni będą za kilka lat? Jaką szkołę skończą/skończyli? Gdzie znajda prace? Jak będzie wyglądać ich rodzina? Ilu już jest alkoholikami? Ile procent z nich będzie miało dość siły, żeby przestać pić, a ilu skończy na denaturacie, na ulicy, w śmietniku? Podobnie z tymi, którzy spróbowali narkotyków tylko dlatego, że nie wiedzieli, co odpowiedzieć, gdy kolega zapyta, czy mieli już kiedyś odlot... Na ile działek ich stać? Czy mają pomysł, jak uczciwie zarobić na następne? Jak szybko dojdą do kompotu, do kleju, do zebrania? Oczywiście ci, którzy tylko pala fajki, są zadowoleni, bo ich to nie dotyczy? Za kilka lat będą zużywać całą paczkę dziennie. Będą dorośli, więc już im wolno. Owszem, wolno, ale już nie można przestać. Już za trudno wyobrazić sobie człowieka chorego na raka krtani, po operacji, z dziura w szyi. Za trudno będzie policzyć, że jedna paczka dziennie to w ciągu zaledwie jednego roku równowartość dobrej pralki czy połowy komputera. W ciągu kilkunastu lat puszczają z dymem swoje marzenie o nowym samochodzie. Najwyższy czas na koniec tego tekstu, bo za dużo już pytań bez odpowiedzi. Nie mam zamiaru myśleć za Ciebie. Sam musisz odpowiedzieć, gdzie w tym rombie chcesz siebie odnaleźć. Gdzie jesteś dziś? Gdzie będziesz za dziesięć lat? Gdzie chciał(a)byś być? Co robisz w tym celu? Jakie będą Twoje dzieci? Lepsze czy gorsze od Ciebie? Gdzie pozwolisz im wystartować w życiu? Co zrobisz, żeby nie potrzebowały Twojej nadopiekuńczości i "dobrych rad" powtarzanych po raz setny, ale same czuły się odpowiedzialne za skutki tego, co robią, co mówią, jak myślą? Nauczysz je samodzielnie odróżniać dobro od zła czy będą musiały za każdym razem kogoś zapytać, co mają myśleć? Czy znajdziecie chwile między kremem nawilżającym a trwałą ondulacja, by okazać im prawdziwe uczucie, by powiedzieć swoim dzieciom, że to dobrze, że myślą? że je kochacie? Czy pozwolicie im patrzeć, jak pijecie? Czy znajdziecie czas na zauważenie, że córka jest smutna? Jakże ciężko jest kochać plastikową matkę i plastikowego ojca... (Frank Zappa) Czy Wy będziecie plastikowymi ludźmi?
tomek

PS Poszczególne grupy umieszczone w tym rombie nazywam używając pojęć należących do różnych poziomów opisu socjologicznego; celowo mieszam ze sobą nazwy subkultur, chorób, zjawisk, norm itd. W efekcie model ten składa się z haseł [wywoławczych] o nieostrych granicach, wzajemnie się zazębiających; np. wśród blokersów niektórzy to kibole, wśród kiboli wielu jest dresiarzy, niektórzy anarchiści zachowują się jak naziści, zaś "discopolowcy" i "alkoholicy" to określenia zupełnie różnych zaburzeń, które jednak często występują razem... Na rysunku nie pojawili się w ogóle m.in. duchowni, niepełnosprawni, przestępcy, bezrobotni, wykonujący wolne zawody, sportowcy, religie, sekty i wiele innych grup społecznych, które nie poddają się klasyfikacji według przyjętych kryteriów (np. ksiądz może być grafomanem, artystą, naukowcem albo demagogiem).

 



< WSTECZ