Co ludzie gadają choć pojęcia nie maja
Blokersi
Mieszkam na Manhattanie. Poważnie. Kaliskie blokowisko, czyli osiedle Dobrzec i Widok, są znane jako Manhattan. Dla odmiany kamienice w centrum miasta to Brooklyn, tudzież Bronx. To nie żaden Nowy Jork, tylko poczciwa Kalishfornia. Każde miasto w Polsce ma swój Manhattan i jego mieszkańców - blokersów.
Nie wiesz, kto zacz? Socjologowie przedstawiają ci blokersa jako połączenie dresiarza ze skejtem (brr...). To taki ludzik, który doskonale pasuje do burego osiedla i ... nigdzie indziej. Blokers ma kilkanaście lat, żyje z rodzicami i rodzeństwem w malutkim mieszkanku, gdzieś w bloku. Owo "gdzieś w bloku" jest bardzo ważne - blokers jest jednym z wielu tysięcy mieszkańców, jest anonimowy; mało kogo obchodzą jego problemy, których ma przecież mnóstwo. Samo osiedle to labirynt identycznych bloków i uliczek. Blokowisko jest środowiskiem zamkniętym, mało kto przyjdzie z zewnątrz, bo może dostać w twarz. Ale i sami blokersi musza się jakoś bronić: znają wschodnie sztuki walki, noszą przy sobie scyzoryki, noże, czasem (juz trochę zapomniane) bejzbole. Tak to wszystko wygląda w oczach psychologów, socjologów i gazet. Jak to naprawdę jest z tymi blokersami? Modę na bloki spopularyzowali rodzimi raperzy. Bądź co bądź, większość z nich wywodzi się z takich właśnie betonowych środowisk. Hiphopowcy wspominają o tym niejednokrotnie w swoich utworach. Hip hop święci teraz triumfy wśród młodych ludzi, wzrosło wiec tez zainteresowanie tymi kanciastymi krajobrazami. Młodzież mieszkająca w blokach zaczęto oglądać jak dziwne okazy z zoo i wyrządzono im wielka krzywdę, traktując jednakowo. Stereotyp blokersa - skejta z nożem w zębach i zerowa ambicja nie musi wszystkim odpowiadać. Jasne, życie w blokowisku nie jest usłane różami (prędzej płytami betonowymi...), ani tez nie jest specjalnie bezpieczne. Jednak żyje tu wielu ludzi i są oni różni. Problemy zdarzają się wszędzie; wszędzie są dzieciaki z rozbitych rodzin, wszędzie znajdziemy bandę wyrostków pod budka z piwem. Tylko może do blokowisk to bardziej pasuje, bo tak szaro i paskudnie, ze pewnie same źle rzeczy się dzieją...
Blokersi jednak są. Plączą się bez celu po osiedlu, bo w zasadzie nic innego nie maja do roboty. Tylko w centrum miasta jest jakąś rozrywka, a osiedle jest pustynia kulturalna. Jeżeli są twórczy, stworzą własny zespół hiphopowy i będą rapować na dachu najwyższego bloku. Ale najczęściej ich zajęciem jest nicnierobienie, a obowiązująca postawa luzacki tumiwisizm, czyli nie obchodzi mnie nic spoza osiedla. I tu kryje się ich problem - oni rzadko kiedy wystawiają nos poza blokowisko. Ale nie jest z nimi tak źle, jak straszą gazety. Nie śpią i nie uczą się na klatkach schodowych. Nie wszyscy chodzą do najgorszych, żulerskich zawodówek. Łączy ich osiedle, wspólna szkoła i problemy. Mieszkam na Manhattanie. I co z tego? Nie jestem blokersem. Ktoś kiedyś powiedział, ze beton zabija umysły. To, niestety, brutalna prawda. Ludzie zamknięci na dłuższy czas w takim osiedlu zaczynają wariować. Młodych ogarnia bezbrzeżna nuda, dorosłych zjada telewizor. Ja tak nie chce, nie będę blokersem. Nie słucham rapu (chociaż lubię); szkole sobie wybrałam w centrum miasta, żeby nie dać się zjeść. Udaje się, jak na razie... Nie wierzcie w takie brednie, jak gorszy start ludzi z blokowiska. Jeżeli tylko chcesz, to na pewno sie uda. Nieważne, gdzie się mieszka. Bo idę przez centrum Kalishfornii i mijam masę młodych, zrezygnowanych ludzi, którzy nie widza dla siebie żadnej alternatywy. Cóż, chyba blokers to określenie stanu ducha, nie? Nikt nie musi zapuszczać korzeni na blokowisku. Może nasi bohaterowie, blokersi, chcą tutaj tkwić, może chcą się nudzić i narzekać? Ich wybór, ich strata.